Całun, czyli teologia. Tyle odsłania, ile zasłania, tyle zasłania, ile odsłania
Ksiądz Łukasz Libowski snuje rozważania religijne wokół niezwykłej rzeźby autostwa Giuseppego Sanmartino.
I to jak zrealizował!
Szanowni Państwo, ledwo co przeżyliśmy Święte Triduum Paschalne, w czasie którego, niemało czasu spędzając w naszych kościołach, by z uwagą i przejęciem uczestniczyć w jednym właściwie wielkim misterium liturgicznym, rozważaliśmy mękę, tragiczną śmierć oraz koniec końców, co najważniejsze, chwalebne zmartwychwstanie Pana naszego Jezusa Chrystusa; dla uzasadnienia wyrażenia „jedno wielkie misterium liturgiczne” wspomnijmy może ów drobiazg, iż nie używa się w Triduum dzwonka sygnalizującego początek poszczególnych świętych czynności, świętych obrzędów, który to dzwonek tak charakterystyczny jest dla liturgii Zachodu – w cerkwiach na początek celebracji przecież się nie dzwoni. Pozostańmy więc jeszcze w tym tygodniu, drodzy Czytelnicy, z jednej strony proponuję, z drugiej zaś strony o to proszę, w wyjątkowym onym pasyjno-wielkanocnym klimacie, zatrzymując się na chwilę przy genialnej rzeźbie, którą niedawno, parę dosłownie dni temu, bodaj w Niedzielę Palmową, surfując w internecie, zupełnie przypadkowo odkryłem: odkryłem ku swej wewnętrznej, głębokiej uciesze – ku uciesze, jaką sprawić człowiekowi może znakomita wyłącznie, ta najświetniejsza sztuka. Chodzi o jedno z dzieł żyjącego w latach 1720-1793 włoskiego rzeźbiarza okresu rokoko Giuseppe Sanmartino (inna wersja nazwiska tego artysty brzmi „Sammartino”), o jego mianowicie „Chrystusa pod całunem”; rzeźba owa, której zdjęcie do niniejszego felietonu załączam, powstała w roku 1753 na zamówienie włoskiego arystokraty, wynalazcy, żołnierza, pisarza, naukowca, alchemika i masona Raimonda di Sangro – do faktu, iż książę di Sangro parał się alchemią, przyjdzie nam za minut parę się odwołać – stoi w Cappella Sansevero w Neapolu: jakże kaplica ta, będąc niczym, jak sobie wyobrażam, perłę w sobie skrywająca muszla małżowa, szczęśliwa!
Zacznijmy nasze przyglądanie się Chrystusowi Sanmartino od przytoczenia słów zlecenia di Sangro. Otóż – stało się to po śmierci w 1752 roku weneckiego rzeźbiarza Antoniego Corradiniego, z którym de Sangro był już wcześniej przy zdobnym urządzaniu kaplicy Sansevero współpracował i do którego pierwszego zwrócił się ze swoim nowym obstalunkiem – poprosił on młodego wówczas Sanmartino o wykonanie „rzeźbionej marmurowej figury naturalnej wielkości przedstawiającej zmarłego […] Jezusa Chrystusa, przykrytej przezroczystym całunem wykonanym z tego samego bloku co posąg”. Patrząc przeto na pracę Sanmartino, widzimy, że bardzo dokładnie, bardzo wiernie zrealizował on odnośne zamówienie: i to jak zrealizował! – ponoć skwapliwie skorzystać miał z notatek, szkiców oraz ‘bozzetto’, jakie zdążył przygotować jeszcze Corradini, mistrz, by tak go nazwać, ludzkich – w sumie, to kobiecych – ciał okrytych, osłoniętych, opiętych welonami; by przekonać się o maestrii w tym względzie Corradiniego, wystarczy spojrzeć na jego „Westalkę Tuccię” z 1743 roku bądź, również w Cappella Sansevero umieszczoną, „Skromność” z roku 1752.