Sobota, 29 czerwca 2024

imieniny: Piotra, Pawła, Benity

RSS

Lider Agrounii spotkał się w Lubomi z hodowcami drobiu. Branży grozi zapaść

01.12.2020 19:35 | 0 komentarzy | art

Pogarszająca się sytuacja polskich hodowców drobiu, w tym również z naszego regionu, była tematem spotkania, do jakiego doszło 1 grudnia na jednej z ferm drobiu w Lubomi. Michał Kołodziejczak z Agrounii, który w ostatnich miesiącach organizuje strajki rolników, przyjechał do Lubomi, by dowiedzieć się, z jakimi problemami borykają się hodowcy drobiu. Główny ich problem to niska cena skupu żywego drobiu. 

Lider Agrounii spotkał się w Lubomi z hodowcami drobiu. Branży grozi zapaść
Michał Kołodziejczak z Agrounii przyjechał do Lubomi wysłuchać problemów producentów drobiu
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Spotkanie szefa Agrounii z grupą około 30 rolników - producentami drobiu ze Śląska, Opolszczyzny i Małopolski rozpoczęło się równo w południe na fermie drobiu Drobny w Lubomi. Kołodziejczak tłumaczył, że przyjechał pod czeską granicę, bo chciał wysłuchać problemów, z jakimi borykają się producenci drobiu. Podkreślał zarazem konieczność stworzenia jednej silnej organizacji, reprezentującej interesy całego rolnictwa. - Jeśli my sami siłą nacisku nie rozwiążemy swoich problemów, to nikt tego nie zrobi - przekonywał Kołodziejczak. - Duże organizacje, korporacje oprócz tego, że prowadzą swoją działalność gospodarczą, to jeszcze potrafią prowadzić skuteczny lobbing. A my jesteśmy za mało zgrani, nie potrafimy mówić o naszych problemach w taki sposób, żeby ktoś je chciał rozwiązać - mówił lider Agrounii, wskazując, że brak rolniczej organizacji to podstawowy problem w rozmowach z politykami, którzy właśnie dlatego, według Kołodziejczaka, nie traktują rolników poważnie i pozwalają na to, by wielkie korporacje handlujące żywnością, dyktowały jej producentom ceny. 

A to właśnie niskie ceny żywego drobiu są w ostatnich miesiącach zmorą producentów. - Dokładamy do kilograma kurczaka 1,5 zł, a podczas jednego cyklu produkcyjnego, który trwa około dwóch miesięcy, produkuję 300 ton drobiu. Łatwo sobie policzyć, jaka to strata - powiedział nam Paweł Burek z fermy drobiu Burek. Od czasu epidemii wszyscy dokładamy do interesu. Nie zarabiamy na produkcji, wręcz dokładamy z wcześniejszych oszczędności, albo ktoś ma kredyt obrotowy. Ale długo tak można? Przecież mówimy o firmach rodzinnych, prowadzonych z ojca na syna, a nie żadnych molochach z kapitałem zagranicznym. Za chwilę zbankrutujemy, a nasz rynek zaleje zagraniczny tani towar, który jest beznadziejny - mówi Burek dodając, że branża, która również nie ma dziś odbioru z branży HoReCa (gastronomia), nie może do tej pory doczekać się pomocy ze strony państwa. 

Zdaniem rolników, konieczne jest wprowadzenie ceny minimalnej skupu drobiu. - Bo dziś to wielkie koncerny skupując nasz towar, takie jak Cedrob, dyktują nam warunki. Wiedzą, że musimy im sprzedać żywy drób, bo nie możemy go bez końca przechowywać, musimy się go pozbyć. Korzystają z tego, narzucając nam niskie ceny skupu - mówił Burek.  

Producenci drobiu wskazywali na wiele innych patologii, które są obecne na rynku drobiu. Jedną z nich, ich zdaniem, jest import taniego drobiu z Ukrainy. - My musimy spełniać wszystkie unijne wymogi, produkujemy dobry drób. A z Ukrainy przywożony jest drób, do którego produkcji używa się antybiotyków, mączek, czyli tego wszystkiego, co u nas jest zakazane - skarżyła się pani Karina, jedna z obecnych na spotkaniu producentek drobiu. Dlatego producenci, chcą by albo import z Ukrainy został wstrzymany, albo ukraińscy producenci musieli spełniać takie same wymagania, jak polscy. 

Paweł Niemczyk, prezes Beskidzkiego Związku Producentów Drobiu powiedział z kolei, że problemem może być dziś nadprodukcja drobiu. Skoro rynek nie przyjmuje naszego drobiu, to może trzeba ograniczyć liczbę cykli produkcyjnych. Zamiast pięciu cykli w roku, można zrobić trzy cykle. Uczestniczymy w ogólnoświatowym rynku, który dyktuje warunki - powiedział Niemczyk. Dlatego jednym z pożądanych rozwiązań, zdaniem niektórych rolników, miałoby być odgórne, administracyjne ograniczenie produkcji drobiu. - To musiałoby zostać wprowadzone administracyjnie, żeby się nie okazało, że kiedy jedni producenci ograniczają produkcję, to inni ją zwiększają, chcą wskoczyć w miejsce tych, którzy wysokość produkcji obniżyli - powiedział Paweł Burek. Z pomysłem ograniczenia produkcji nie zgodził się Michał Kołodziejczak. - Nie zgodzę się, że jest nadprodukcja. Produkcja jest normalna. Problem jest w tym, że rynek jest podporządkowany wielkim korporacjom. A my jako rolnicy nie mamy siły, by się na tym globalnym rynku bronić. Natomiast korporacje mają siły i środki, by rynek sobie podporządkować - mówił Kołodziejczak. 

Rolnicy zwrócili też uwagę na to, że nie mogą się doprosić od rządu, by w Polsce żywność była znakowana. - Tak by klient wiedział, co kupuje, kto jest producentem tej żywności - mówił jeden z rolników. 

Rolnicy wskazywali, że jeśli upadnie polska branża drobiarska, to nasz kraj zaleje nie tylko kiepska żywność z Ukrainy czy Brazylii, ale też ucierpią inne działy rolnictwa, np. producenci zbóż. Może też być problem z pozyskiwaniem jaj, z których klują się brojlery. Już spadła produkcja zarodników. A jej odtworzenie nie będzie proste i szybkie. Może potrwać nawet 30 tygodni. 

Kołodziejczak nieraz na spotkaniu podkreślał, że rolnicy muszą razem walczyć o swoje do skutku, a ich wysiłki nie mogą być jednorazowe. - Siłą każdego związku jest ulicą - mówił lider Agrounii, dodając, że już w sobotę w Warszawie odbędzie się kolejny strajk rolników.

Filmik z końcówki spotkania w Lubomi można obejrzeć tutaj