Sobota, 5 października 2024

imieniny: Igora, Apolinarego, Placyda

RSS

Lewy prosty, prawy sierpowy

06.07.2010 00:00 red
Wywiad z Mateuszem Mazikiem bokserem RKMS Rybnik.
– Z boksem związany jesteś od najmłodszych lat. Jak rozpoczęła się „fighterowa” kariera?
– Nie kariera, a raczej przygoda. Nie będę okłamywał, ale za dziecka miałem problemy w szkole. Byłem nadpobudliwy i wybuchowy. Często wdawałem się w bójki miedzy uczniami. Pamiętam, jak podczas jednej z nich dość solidnie spuściłem lanie uczniowi i miałem przez to kłopoty. Rodzice zostali wezwani do szkoły. Dyrektor chciał mnie usunąć z listy uczniów i takie tam. Ogólnie nieciekawie. Kiedy ojciec przyszedł ze szkoły, od razu wiedziałem co będzie mnie czekać. Dostałem reprymendę. Tata wówczas mi powiedział, że jeśli chcę się bić, to mam zapisać się na boks i tam pokazywać jaki jestem dobry. Pomyślałem – czemu nie spróbować?
 
– Początki były pewnie ciężkie. Jak to wspominasz?
– Byłem za młody na boks, bo miałem wówczas 12 lat, ale przychodziłem patrzeć jak inni z RMKS-u trenowali i walczyli. Lewy prosty, prawy sierpowy – takie komendy ciągle słyszałem na treningach. Podobało mi się bardzo. Po jakimś czasie dostałem rękawice i zacząłem ostro trenować. Trener widział we mnie wielki potencjał, bo byłem zażarty, uparty, waleczny i nie odpuszczałem. Mnie też to rajcowało, a swoją nadpobudliwość mogłem w końcu gdzieś rozładować. Pierwszym moim trenerem był Zbigniew Gąsiorowski, później  Antoni Jakimczuk. Trenowaliśmy w 2–3 grupach wiekowych. Ja oczywiście w tej najmłodszej. Pojechałem później na pierwsze zawody, które odbywały się w Rybniku. Startowałem w kategorii młodzik do 32 kg.
 
– Co było póżniej?
– Nie wygrałem pierwszej walki, ale zakosztowałem smaku ringu i do dziś mi on smakuje. Po zawodach w Rybniku był wyjazd do Częstochowy. Pamiętam, że podczas turnieju pierwszą walkę wygrałem, drugą przegrałem i trzecią znowu wygrałem. Kiedy miałem 14 lat pojechałem na Mistrzostwa Śląska. Były to nominacje do Mistrzostw Polski Kadetów. Przegrałem dopiero w finale z Leszkiem Tokarzem z KS Concordii Knurów. Potem cały rok boksowaliśmy w Rybniku. Pojechałem następnie na mistrzostwa Polski w Zamościu i wygrałem. W Zamościu przystąpiło 104 pięściarzy z 58 klubów, więc rywalizacja była ogromna. Dałem jednak radę. W walce finałowej z Michałem Ziomkiem (Hetman Zamość) zapunktowałem 5:0 i nie chwaląc się zostałem wówczas uznany najlepszym zawodnikiem  XI Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży „Lubelszczyzna 2005”.
 
– Pasmo sukcesów nie zakręciło Ci w głowie?
– Nigdy. Nie jestem typem człowieka „co to nie ja”. Nie lubię się chwalić. Wolę nic nie mówić (śmiech).
 
– Jak dalej potoczyła się twoja kariera bokserska?
– Pojechałem na Mistrzostwa Europy Kadetów, organizowane na Węgrzech. Przegrałem od razu pierwszą walkę z reprezentantem Azerbejdżanu i odpadłem z mistrzostw. Było to dotkliwe, że dostałem łomot już podczas pierwszej walki, ale się nie zniechęciłem. Gdy tylko przyjechałem do Polski, zabrałem się za intensywny trening i wziąłem udział w kolejnych turniejach. Praca, jaką włożyłem w przygotowanie, widoczna jest do teraz, bo do dziś jestem w polskiej kadrze kadetów.
 
– Boks jest sportem bardzo kontaktowym i nie trudno o jakieś kontuzje. Miałeś jakieś poważniejsze?
– O dziwo (i odpukać) nie miałem dotychczas poważniejszej kontuzji. Choć w tym roku pojawiły się problemy zdrowotne. Problem z kostką oraz barkiem. Nie pojechałem przez to na zawody do Moskwy. Mam nadzieję, że trening oraz rehabilitacja szybko przywrócą mnie do pełni bokserskiego zdrowia.
 
– Jesteś dobrym bokserem?
– Nie mi to oceniać. Trenuję, bo lubię. Wkładam w to całe swoje serce. Robię to dla siebie, a nie dla korzyści materialnych, pieniężnych, bo one są tak naprawdę niewielkie. Z boksu amatorskiego nie da się utrzymać. Z zawodowego niby da, ale pieniądze też nie są duże. Gdybym zajmował się tylko boksem to nie wyżyłbym, dlatego pracuję.
 
– Ciężko jest pogodzić treningi z życiem prywatnym?
– Bardzo. Nie da się pracować i trenować jednocześnie, bo to jest ponad własne siły. Choć może wydać się śmieszne, jestem prawie jak Rocky. Pracuję w zakładzie Wędliniarskim „Stania”, ale nie tłukę mięsa pięściami – śmieje się Mateusz. – Przy okazji chciałbym podziękować mojemu szefowi, panu Andrzejowi Stani za sponsoring oraz wszelką pomoc.
 
– Plany na przyszłość?
– Obecnie przygotowuję się do zgrupowania, które rozpocznie się 1 sierpnia w Wiśle. Jest to takie przygotowanie wstępne do przyszłego sezonu. Ponieważ do końca tego roku żaden z większych turniejów już się nie odbędzie, przygotowuję się do sezonu 2011. Jak wszystko pójdzie dobrze to czekają mnie Mistrzostwa Świata w Korei 2011. W przyszłym roku odbędzie się również klasyfikacja do Mistrzostw w Londynie. Sezon 2011 będzie zatem bardzo ważny.
 
– Czy wspominasz jakąś śmieszną przygodę, która Ci się przytrafiła i była związana z boksem?
– Jasne. Jednej historii nie zapomną do końca życia. Pojechaliśmy na Mistrzostwa Świata i PZB kupił bilet lotniczy do Casablanki. Wszystko byłoby w porządku, tylko na miejscu okazało się, że zawody nie są w Casablance tylko w Agadirze (blisko 900 km od Casablanki). I co teraz zrobić? Szybko wynajęliśmy autobus i dotarliśmy powoli na miejsce, o dziwo nie spóźnieni. Więcej takich śmiesznych perypetii trudno mi sobie przypomnieć. Ta zostanie zapamiętana do końca życia. 
 
– Jak zachęcisz czytelników do uprawiania spotu?
– Jedzenie chipsów i siedzenie przed komputerem na dłuższa metę to nic zdrowego. Należy uprawiać sport tym bardziej, że są wakacje i jest ciepło.
 
Mateusz Mazik – ur. 28.02.1989, bokser Rybnickiego Młodzieżowego Klubu Sportowego. Od 12 roku życia związany z boksem. Najważniejsze osiągnięcia w karierze to: 2006 rok brązowy medal Mistrzostw Świata Juniorów, w 2008 II miejsce w „Grand Prix” seniorów w Ostródzie, 2008 rok Mistrz Polski Seniorów, 2008 i 2009 wicemistrz Unii Europejskiej.
 
(pr.m)
  • Numer: 27 (191)
  • Data wydania: 06.07.10